Julia Quinn "Bridgertonowie. Miłosne tajemnice"

Julia Quinn "Bridgertonowie. Miłosne tajemnice"

Czy są tu jacyś fani Bridgertonów? Sama nadal nie zapoznałam się ze słynnym serialem produkcji Netflixa, więc do powieści podchodzę z - mam nadzieję - dosyć świeżą głową i nie uzyskawszy wcześniej żadnych spoilerów - bardzo się przed nimi bronię. Ten, kto czytał choć niektóre z poprzedzających "Miłosne tajemnice" tomów, na pewno zwrócił uwagę na postać Penelopy Featherington, nieśmiałej dziewczyny niedocenianej przez matkę, która przewijała się tu i ówdzie w tle powieści. Przy lekturze wcześniejszych tomów zapałałam do niej dużą sympatią, więc oczywiście bardzo ucieszyłam się, dowiadując się, że gra ona tu pierwsze skrzypce. A ponieważ każdy tom "Bridgertonów" poświęcony jest jednej latorośli z tej rodziny, to i tu nie może zabraknąć takiego - tym razem przyjrzymy się bliżej Colinowi.

Penelopa Featherington od lat jest beznadziejnie zakochana w Colinie Bridgertonie. Jest też przyjaciółką rodziny - a zwłaszcza piątej w kolejności Eloise - darzy się ją tu dużą sympatią, co nie zmienia faktu, że Colin nigdy nie zwraca na nią uwagi - nie w sensie romantycznym. Owszem, od czasu do czasu zatańczy z nią na balu, utnie sobie z nią pogawędkę... i na tym się kończy. Nie pomaga to, że mężczyzna woli raczej podróżować niż spędzać czas w deszczowym Londynie. Krótko mówiąc, Penelopa wpadła we friendzone, jeszcze zanim wymyślono to słowo.

Oczywiście, widząc od samego prologu, że historia dotyczy Penelopy i jej nieodwzajemnionej miłości do Colina, możemy domyślać się, jak to potoczy się dalej. Nie ma tu nic specjalnie zaskakującego - "Bridgertonowie" są przyjemną, służącą relaksowi serią, jednak nie należy się tu spodziewać zwrotów akcji rodem z rasowych kryminałów. Pomimo zatem, że wątek miłosny był dosyć przewidywalny, to w trakcie lektury bawiłam się bardzo dobrze. 

Tym, co miało być w trakcie lektury największym zaskoczeniem, był jednak nie sam przebieg relacji romantycznej, lecz pewien wątek związany z lady Whistledown - autorką poczytnej plotkarskiej gazetki, tożsamości której nie udało się jeszcze nikomu ustalić. Przyznam, że owszem, rozwiązanie zagadki związanej z lady Whistledown było zaskakujące, jednak niekoniecznie pozytywnie - rozwiązanie zaproponowane przez autorkę nie jest dla mnie do końca wiarygodne, czuję pewien zgrzyt między kąśliwością i swego rodzaju brutalnością gazetki, a charakterem osoby, która miała ją pisać. W skrócie: wolałabym, żeby był to kto inny.

Nie można również nie wspomnieć o tym, co powtarza się we wszystkich częściach tej serii, a mianowicie tego, że choć teoretycznie akcja toczy się w epoce regencji - jak np. u bohaterów powieści Jane Austen - to sami bohaterowie zachowują się zaskakująco współcześnie. Jeśli zatem szukacie powieści historycznej, która napisana byłaby z dbałością o wszelkie szczegóły epoki i która naprawdę mogłaby przenieść Was w czasie, to niestety Bridgertonowie nie są lekturą spełniającą te kryteria. Jeśli natomiast szukacie po prostu czegoś prostego, lecz wciągającego, do przeczytania, a poprawność historyczna nie jest dla Was priorytetem, to może być to lektura idealna.

Choć osobiście wolę mocniej rozbudowane powieści historyczne, pełne szczególików z epoki, to jednak przy "Bridgertonach" zawsze dobrze się bawię. Tak jak i wcześniejsze tomy, tak i "Miłosne tajemnice" są lekturą bardzo dobrze umilającą wieczory.


Tytuł: Miłosne tajemnice
Tytuł oryginału: Romancing Mister Bridgerton
Autorka: Julia Quinn
Tłumaczenie: Aleksandra Jagiełowicz
Data wydania: 2025
Wydawca: Wydawnictwo Zysk i S-ka
Liczba stron: 461
ISBN: 978-83-8335-538-2


Za możliwość lektury serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


Autorka recenzji: Zaczytana Słowianka

Jak radzić sobie ze zmieniającym się porządkiem świata. Zasady.

Jak radzić sobie ze zmieniającym się porządkiem świata. Zasady.



Ray Dalio jest jedną z niewielu osób, która prawidłowo przewiduje światowe trendy w finansach i gospodarce. To nie tylko założyciel jednego z największych funduszy hedgingowych na świecie, ale również jedna z niewielu osób, które już w 2007 roku ogłosiły nadchodzący kryzys finansowy. Od wielu lat publikuje książki, które mają na celu przybliżyć czytelnikom bez ekonomicznego wykształcenia obraz światowej sytuacji finansowej i zasady, jakimi rządzi się rynek.

W swojej najnowszej książce autor opisuje cykliczność, jaka występuje od zarania dziejów. Jego podejście opiera się na obserwacji zmian produktywności, wzlotów i upadków w gospodarce oraz określeniu wskaźników, które pokazują, w jakim miejscu cyklu obecnie się znajdujemy i czego można się spodziewać. Dalio analizuje przyrosty populacji, dobrobyt gospodarczy oraz zawirowania związane czy to z wojnami czy z katastrofami naturalnymi. Na te dane nakłada informacje ekonomiczne, jak rozwój pieniądza i innych narzędzi finansowych, globalizację rynku, zadłużenie krajów a także wewnętrzne regulacje państw, które w różnych czasach były lub są światowymi liderami w gospodarce.

Dzięki tej pogłębionej analizie autor opisał 6 faz, które odzwierciedlają stan prawie każdego państwa na świecie. Ich następowanie po sobie wydaje się nieuniknione. Mamy więc USA, potężny kraj jednak będący w fazie spadku, oraz np. Chiny – szybko rosnące w siłę. Ray Dalio przedstawia dużo zagadnień ekonomicznych, jednak robi to w sposób interesujący nawet dla laika. Książka jest podzielona na tekst podstawowy oraz dodatkowy, co sprawia, że nie wszystkie rozdziały musimy czytać w całości, aby nadal nadążyć za tokiem myślenia autora.

W książce widzimy pogłębioną analizę przeszłości, jednak rad na przyszłość jest niewiele i są dość enigmatyczne. Wynika to z dwóch rzeczy. Po pierwsze autor jest świadomy, że w momencie czytania tej książki część informacji będzie już nieaktualna (decyzje polityczne mające wpływ na światową gospodarkę zapadają cały czas), dlatego często odsyła do swojej strony internetowej, która jest aktualizowana na bieżąco. Po drugie ta książka ma charakter edukacyjny - autor za cel postawił sobie przekazanie wiedzy a nie gotowych rozwiązań. Dostaliśmy więc dobre narzędzie, aby radzić sobie w szybko zmieniającym się świecie, a co z nim zrobimy zależy już tylko od nas.

Tytuł: Jak radzić sobie ze zmieniającym się porządkiem świata. Zasady.
Tytuł oryginału: Principles for dealing with the changing world order: why nations succed and fail.
Autor: Ray Dalio
Tłumaczenie: Alicja Unterschuetz
Data wydania: 2025-06-24
Wydawnictwo: Wydawnictwo Zysk i S-ka
Liczba stron: 592
ISBN: 9788383350219
Ray Bradbury - 451° Fahrenheita - autoryzowana adaptacja Tima Hamiltona

Ray Bradbury - 451° Fahrenheita - autoryzowana adaptacja Tima Hamiltona


Wiedzieliście, że 451o Fahrenheita to w zaokrągleniu ok. 506o Kelwina, a to równa się, (również w zaokrągleniu) 232o Celsjusza? To temperatura bardzo zbliżona do tej, która panowała w Chorwacji podczas mojego w niej pobytu, kiedy to miałem okazję poczytać wznowienie powieści Raya Bradbury’ego z 1953 roku tym razem w adaptującej się do czasów obecnych wersji – komiksowej, bądź jak kto woli – powieści graficznej, nad którą pieczę sprawował Tim Hamilton. (W Chorwacji wtedy nie panowała oczywiście taka temperatura, ale w czasach, kiedy nawet na butelce domestosu trzeba pisać o tym, żeby go nie pić, powinienem wyraźnie zaznaczać sarkastyczne dygresje aby być lepiej zrozumianym).

Taka temperatura wystarczyłaby spokojnie do stopnienia np. cyny, ale możliwe, że tytuł powieści jest taki, a nie inny ze względu na fakt, iż w kontekście fabuły, 451o Fahrenheita uważane jest za najdokładniejszą temperaturę, w jakiej spala się… papier.

Nie wiem po co Wam ta wiedza, ale w kontekście świata przedstawionego przez Bradbury’ego, mogłaby Was kosztować nawet życie. W czasach, kiedy zawód strażaka nabrał zupełnie pejoratywnego znaczenia, w przypadku pożaru już nie dzwoni się do straży pożarnej, ponieważ to właśnie straż pożarna ów pożar wywołuje. W myśl twierdzenia: „mniej wiesz, lepiej śpisz” zdecydowanie łatwiej tobą rządzić. Dlatego specjalnie powołane do jednego zadania jednostki strażaków zaraz po otrzymaniu zgłoszenia prawdopodobnego popełnienia przestępstwa czytelniczego, jadą na miejsce zbrodni i łapiąc czytającego delikwenta na gorącym (o ironio!) uczynku, palą jego literacki dobytek, nierzadko razem z nim samym. Jednym z takich oprawców jest główny bohater powieści – Guy Montag, który na zaledwie 160 kartach tej autoryzowanej adaptacji dokonuje swojej przemiany. Po krótkim i zupełnie przypadkowym spotkaniu z tajemniczą Klarisą, zaczyna zadawać pytania, które dotychczas raczej go nie dręczyły. Odpowiedzi na wiele z nich wydają się być zakopane w surowo zakazanych w tym dystopijnym świecie książkach…

Słowa niejakiego Beatty’ego w momencie, w którym odwiedza rzekomo chorego Montaga w jego domu i zdradza tajemnice źródła ich strażackiego obowiązku powinny być cytowane w jakimś jednym wybranym dniu w roku, z którego uczynimy święto 451o Fahrenheita.

„Niegdyś książki przemawiały do niewielu ludzi, rozproszonych tu i ówdzie. Mogli sobie pozwolić na odrębność. Świat był obszerny. Ale potem świat stał się pełen oczu, łokci i ust. Poczwórny wzrost zaludnienia. Filmy, audycje radiowe, czasopisma i książki zniżyły się do poziomu jakiegoś normatywu na proszek puddingowy. Wyobraź sobie, że wyświetlasz film. Człowiek XIX stulecia ze swymi końmi, psami, powozami, powolnym tempem. Potem w dwudziestym stuleciu nastaw aparat na szybsze tempo. Książki się skraca. Streszczenia. Wszystko zmierza do błyskawicznego zakończenia. Klasyki obcina się, by tekst zmieścił się na szpalcie, której przeczytanie zajmuje dwie minuty. Polityka? Jedna szpalta, dwa zdania. Więcej sportu dla każdego, więcej zespołowego ducha, radości, a człowiek nie potrzebuje myśleć, co? Umysł chłonie coraz mniej. Weźmy teraz mniejszości w naszej cywilizacji. Uważaj, żebyś nie dotknął czymś sympatyków psów, kotów, doktorów, mormonów, Szwedów, brooklińczyków, mieszkańców Meksyku. Pisarze przestali pisać. Czasopisma stały się przyjemną mieszanką waniliowej tapioki. Książki, jak mówili ci cholerni snobistyczni krytycy, były jak brudne mydliny. Nic dziwnego, że nikt nie chciał kupować książek. Publiczność wiedząc, czego jej potrzeba pozwoliła przeżyć tylko książkom z komiksami”

Czy te słowa nie są tak bardzo aktualne w XXI wieku? Chcemy wszystko na teraz, wszystko szybko. Po co czytać książkę grubą na 600 stron, skoro można przeczytać jej kilkunastostronicowe streszczenie? Po co czytać kilkunastostronicowe streszczenie, skoro można obejrzeć film na jej podstawie? Po co oglądać film na podstawie książki, skoro można w ogóle z tym tematem nie obcować? Przecież jest tyle śmiesznych filmików na TikToku, tyle fajnych fotek na Instagramie, tyle przyjemnych gier na telefonie. Sami dajemy się programować nie będąc nawet tego świadomi. Za garstkę frajdy oddajemy swoją wolność, a na każde odmienne od naszego zdanie na konkretny temat reagujemy gniewem albo obrażamy się.

Niestety próby dotarcia do grona odbiorców w obecnych czasach możliwe są tylko poprzez wykorzystanie aktualnych narzędzi, dlatego Tim Hamilton, aby przesunąć ciut wprzód na skali czasu moment zapomnienia o takiej ikonie jak 451o Fahrenheita, stworzył jej skondensowaną komiksową adaptację. Poza arcyważnym przesłaniem Bradbury’ego, doświadczamy na kartach powieści kontrastującej ze sobą komiksowej kreski. 95% komiksu to czerń, granat, ciemna zieleń, szarość  kolory raczej kojarzone z kolejnymi odsłonami człowieka nietoperza z uniwersum DCcomics, postaci tajemnicze, często kryjące się za cieniem lub ścianą deszczu. Ciemno, buro i ponuro. 5% wypełnia jasność trzaskającego po okładkach ognia. Ten mieni się w oczach czerwienią, żółcią i pomarańczą, a strony, na których ów żywioł się maluje, aż biją po oczach, wściekle rażąc czytelnika. Czy ten kontrast również nie jest symboliczny? Wszak codziennie czy chcemy czy nie chcemy, karmimy swoje mózgi niebieskim światłem monitorów. Jak często cieszymy się padającym szarym deszczem, pozwalając, ażeby przeniknął nas, dając się doświadczyć każdym naszym zmysłem, zamiast ślepo gapić się w błyszczące, strzelające światłem ekrany komórek, robiące powolutku z naszych mózgów papki?


451o Fahrenheita ukazuje świat, tak bardzo bliski, w którym może nam się wydawać, że oszukaliśmy system, ale podobnie jak w Orwellowskim 84’ system wiedział o naszych niecnych chytrych zamiarach na chwilę przed tym, jak w ogóle ów zamiary w formie niesprecyzowanych planów zakiełkowały nam w głowach.

Z innej strony powieść ukazuje książki, jako pryzmat, przez który świat można zobaczyć albo pięknym, fantastycznym albo nagim, rzeczywistym. Różnica pomiędzy słowem pisanym, a całą tą technologią polega na tym, że uzbrojeni w wiedzę zaczerpniętą z książek to my sami dokonujemy wyborów w jakim świetle ten świat chcemy oglądać. Technologia, choć niekiedy bardzo pomocna, narzuca nam tylko jedną perspektywę.

W przyszłości widzę świat podobny do tego Bradbury’owskiego. Ale bez strażaków. Nie będzie trzeba palić książek, ponieważ ludzkość sama dobrowolnie odrzuci słowo, a już teraz drastycznie zauważalna wszechogarniająca głupota większości doprowadzi nas wszystkich do bezwarunkowego ubezwłasnowolnienia. I tu nawet nie pomoże żadna światowa Klarysa. Mamy oczy zbyt mocno zamknięte.

*cytat pochodzi w całości z recenzowanej przeze mnie autoryzowanej przez Raya Bradbury'ego adaptacji Tima Hamiltona pt. 451 stopni Fahrenheita wydanej przez Dom Wydawniczy Rebis

AUTOR: Ray Bradbury, Tim Hamilton

TYTUŁ: 451° Fahrenheita autoryzowana adaptacja

GATUNEK: komiks

DATA WYDANIA: 03.06.2025r

LICZBA STRON: 160

WYDAWNICTWO: Rebis

ISBN: 9788383383613

OCENA: 🌟🌟🌟🌟🌟🌟🌟🌟🌟🌟 (10/10)

PoważnieNiepoważny

Beata Biały - Kobiece gadanie

Beata Biały - Kobiece gadanie

 


Po całkiem ciekawej wycieczce przez wyboje szesnastu męskich charakterów nadszedł czas na podróż przez szesnaście światów w żeńskiej odsłonie. Spłyciłbym niesamowicie wartość tej pozycji gdybym napisał o niej jedynie: ciekawa. Fakt, jest taka, ale „Kobiece gadanie" z Beatą Biały to zdecydowanie cos więcej. To tak potężna dawka inspiracji, że można traktować je jak pełnoprawny przewodnik po pozytywnym myśleniu i wracać po poradę tak często, jak tylko potrzebujemy. To podręcznik ze wskazówkami jak czytać swoje wnętrze oraz praktycznymi poradami jak (brzydko mówiąc) wykorzystać doświadczenie tej szesnastki by trudne sprawy w naszym życiu stały się łatwiejsze.

Jeżeli miałbym wskazać jeden wyraz łączący wszystkie szesnaście wywiadów to użyłbym słowa rezyliencja. To ta niematerialna siła, której resztki nadal są w nas, kiedy mamy wrażenie, że kończymy się fizycznie lub psychicznie. Miara tego ile jesteśmy w stanie znieść nie łamiąc się. W książce rezyliencja przyjmuje wachlarz oblicz.

Katarzyna Bosacka ukazuje swoją rezyliencję w wymiarze rozpaczy. Mówi o niej jak o „ciszy, gęstej, lepiącej się do skóry, wżerającej się w każdą komórkę ciała".

Usain Bolt użył kiedyś stów: „Obawiam się porażki, ale nigdy nie pozwolę, by mnie zatrzymała". Sugerując się tymi słowami, liczba powstań po porażce może stanowić zapewne sportową odsłonę rezyliencji dla naszej olimpijskiej medalistki i  żołnierki Natalii Bukowieckiej.

W przypadku Anny Cieślak rezyliencja łączy się z brawurą i odwagą. Z ukrycia (a może właśnie w pełnej okazałości!) patrzą jednak altruizm z empatią, której aktorka ma niedające się podliczyć pokłady.

Dla Ewy Farny, mimo iż poprzez jedną z jej najbardziej rozpoznawalnych piosenek może kojarzyć się z ciszą, Beata Biały wybrała temat spokoju. A może to sama Ewa woli mówić o spokoju, ponieważ tego, jak pięknie o nim opowiada nie da się zmierzyć żadną jednostką miary. „Nie „więcej" tylko właściwie". Nie „na pokaz" tylko „na serio". Nie „dla lajków" tylko „dla siebie"”. Zapytana o to jaki jest jej cel, odpowiada: „self-awareness. Chce siebie poznać. Usłyszeć. Poczuć, co naprawdę mi się podoba, a co robię z rozpędu.”

Marianna Gierszewska opowiada tym, jaką drogę przeszła od diagnozy do samoakceptacji. Jej świadectwo otwiera oczy na to, że człowiek nie przychodzi jednak na świat z tzw. tabula rasa. Nie mamy wszak wpływu na geny lub np. środowisko, w którym się rodzimy. Wskazuje także wdzięczność, jako jeden najpotężniejszych elementów zmiany.

Dla Joanny Koroniewskiej rezyliencja to zdolność do podnoszenia się po kryzysach. Jeśli miałbym subiektywnym okiem wskazać jedną z moich faworytek „Kobiecego gadania" to mrugnąłbym właśnie do Gośki Mostowiak z M jak Miłość. Idealnym jej podsumowaniem są wspomniane w rozdziale słowa poety Rainera Marii Rilke o tym, że „wszystko, co naprawdę silne, jest ciche". Zapytana przez rozmówczynię o to kto stoi za każdą silną kobietą, w kontekście słów Virginii Woolf, jakoby „za każdym silnym mężczyzną stała jeszcze silniejsza kobieta" odpowiada: „ona sama”. Śmiem twierdzić, że pojemnik na rezyliencję w jej rozumieniu ma chyba wielkość oceanu.

Wg psychologa Martina Seligmana - ludzie, którzy potrafią dostrzegać i doceniać to, co los im przynosi, są szczęśliwsi, zdrowsi bardziej odporni psychicznie. Zdaje się bardzo dobrze w te słowa wpisywać kawał zjawiskowego, ponadczasowego głosu estradowego, czyli Alicja Majewska. Dla niej wdzięczność to coś, co przychodziło od zawsze naturalnie. Nie zawsze w słowach, czasami w czynach ale zawsze. To po prostu zwykle docenianie rzeczy zanim znikną i ludzi zanim odejdą.

Katarzyna Miller, jako druga, którą wskazałbym po Joasi Koroniewskiej w roli mojej „kobiecogadaniowej" faworytki zdradza nam pozytywne walory gniewu i wściekłości. Nie szczypie się z pseudookreślnikami typu: „łups!” lub „trach!” W momencie, w którym pewna granica jest przekroczona, śmiało mówi o „wkurwie". Uczy jednak na własnym przykładzie jak zrobić z niego użytek, bowiem powtarzając za jej rozmówczynią: "gniew bywa destrukcyjny jeśli zamienia się w agresję, przemoc, długotrwałą nienawiść. Ale bywa też twórczy, bo rozsadza stare formy, wypycha nas ze strefy komfortu, domaga się zmiany."

Pomimo, że Irena Santor może śmiało powiedzieć, że przeżyła zarówno „te smutki, które przychodzą nagle, jak uderzenie wiatru, które niemal przewraca człowieka" oraz te, które „osiadają na duszy jak kurz - warstwa po warstwie, dzień po dniu" wpisuje się w twierdzenie Fiodora Dostojewskiego, o tym, że „człowiek jest nieszczęśliwy, bo nie wie, że jest szczęśliwy”. Ona wie, że jest szczęśliwa, dlatego radość to emocja, z której tło do rozmów uczyniła Beata Biały.

Na empatii natomiast skupiła się autorka podczas rozmowy z Anną Seniuk. Nie można oceniać kogoś, jeżeli nie przeszło się mili w jego butach i choć nie można tego powiedzenia traktować dosłownie to nawet jeśli uda nam się ten wyczyn, nie będzie to to samo przejście mili, zatem od jakiejkolwiek oceny powinniśmy się powstrzymać. Osoby, które nie muszą w cale zakładać czyichś butów, żeby wiedzieć co owi właściciele butów czują, są tymi, którzy kipią empatią. Czują więcej, ale jednocześnie więcej cierpią.

"Lęk przed przemijaniem nie jest tylko strachem przed utratą młodości - jest świadomością, że świat będzie trwać dalej, nawet bez nas" Jak podchodzi do tego Danuta Stenka? W myśl tego, że „lęk przed upływem czasu nie polega na tym, że cos tracimy, ale na tym, że nie umiemy dostrzec co zostaje”, aktorka wychodzi z założenia, że on (czas) i tak wygrywa, "więc może zamiast z nim walczyć, lepiej nauczyć się tańczyć w jego rytmie"?

O tym, że pod płaszczykiem nauki skromności, umniejszanie swojej wartości rosło w niej jak dziki chwast mówi Bogna Sworowska - modelka i Miss Polonia. Mimo, iż dla większości z nas brzmi to znajomo, nie każdy ma tyle rezyliençįi co ona, ażeby komendy: „nie narzucaj się", "nie gwiazdorz" przekuć w: „jesteś ważna", „Twoje emocje są ważne", „Twoje zdanie się liczy". Tematem tego wywiadu jest wolność.

A skoro jesteśmy już przy Miss, kolejna legenda z „Kobiecego gadania" odsłania przed nami, co tak naprawdę znaczy dla niej pokora. Ewa Wachowicz opowiada o tym, jak pokory, empatii, szacunku nauczyła ją... wieś.

Nie potrafię wskazać drugiej takiej kobiety, która za nic ma jakąkolwiek poprawność, kiedy dzieje się krzywda. „Czasem za odwagę się płaci, ale tchórzostwo kosztuje więcej" widnieje napis przy jej fotografii na początku rozdziału. Dorota Wellman. Czy zawsze była odważna? Czy odwaga oznacza, że niczego się nie boi?

Dotychczas sądziłem, że niepewność może wywoływać jedynie stres. Agnieszka Więdłocha rozwiała trochę tą moją opinię. Rozmawia z autorką pozycji o tym, że „może niepewność nie jest wrogiem, ale sojusznikiem? Może to ona sprawia, że wciąż szukamy? Bo gdybyśmy wiedzieli na pewno, czy świat ma sens, czy istnieje miłość, czy przyszłość jest zapisana, czy nadal chcielibyśmy pisać, grać, podróżować, poznawać nowych ludzi?" Albo tak zwyczajnie na chłopski rozum, czy pewność nie stałaby się w końcu nudna? Czy to nie niepewność właśnie (często ubrana w płaszczyk pewności) popycha nas mimo wszystko do działania?

Na koniec Marieta Żukowska uczy nas na własnym przykładzie sztuki odpuszczania. Nie wspomina o tym, że łatwo ją osiągnąć, ale potwierdza, że jej wypracowanie przynosi ulgę. Skoro perfekcja nie jest zła, jeśli nie wynika z presji tylko z pasji to samego aktu odpuszczania nie powinniśmy traktować jako aktu tchórzostwa, ale wręcz przeciwnie jako akt odwagi.


Szesnaście wspaniałych kobiet, szesnaście światów, szesnaście źródeł inspiracji w absolutnie każdej dziedzinie, niekoniecznie nawet w ich mistrzowskiej konkretnej w myśl aktorstwa, śpiewu, sportu itp. „Kobiece gadanie" to niezwykle wartościowa pozycja, ponieważ mamy tu do czynienia z wartościowymi kobietami, ale jest wartościowa również dlatego, że Beata Biały potrafi trafnie zadawać pytania i „płynąć" przez rozmowę.

Nie byłbym sobą gdybym nie odniósł się do ważnego dla mnie elementu. W książce zabrakło mi jednego. A właściwie jednej. I w zasadzie to nie tylko w książce jej brakuje. I nie tylko mi. Siedemnastą pozycję jako podsumowanie mogłaby śmiało zająć osoba, która miała tę potężną umiejętność kolorowania rzeczywistości samą sobą. Mogłaby wnieść wiele dobrego w rozmowę z Beatą tak, jak wiele dobrego wnosiła we wszystkie inne rozmowy. Wszechświat chciał, że siedemnastego lipca bieżącego roku Asia Kołaczkowska poszła rozśmieszać inną, zdecydowanie większą grupę. Paleta barw tego świata już nigdy nie będzie pełna, ponieważ odszedł od nas jeden z jej najjaskrawszych kolorów.

Gdyby z każdego wartościowego cytatu z tej książki zrobić drabinę, moglibyśmy się po niej wspiąć i spojrzeć na świat z perspektywy stacji kosmicznej. Wybiorę zatem jeden podsumowujący:

„Na starość wyglądamy tak, jak przez całe życie traktowaliśmy ludzi”

Mocne.

*wszystkie cytaty pochodzą z recenzowanej przeze mnie książki Beaty Biały pt. „Kobiece gadanie” wydanej przez Dom Wydawniczy Rebis. 


AUTOR: Beata Biały

TYTUŁ: Kobiece gadanie

GATUNEK: Biografia, autobiografia, pamiętnik

DATA WYDANIA: 20.05.2025r

LICZBA STRON: 416

WYDAWNICTWO: Rebis

ISBN: 9788383383668

OCENA: 🌟🌟🌟🌟🌟🌟🌟🌟🌟🌟 (10/10)

PoważnieNiepoważny

Witajcie w Zaklętej Krainie / Jacek Piekara

Witajcie w Zaklętej Krainie / Jacek Piekara

 


Od jakiegoś czasu obserwuję trend wydawania pierwszych powieści autorów, którzy obecnie są już znani i lubiani. W ten trend wpisała się również książka „Witajcie w Zaklętej Krainie”, która jest zbiorem pierwszych powieści i opowiadań Jacka Piekary.

W polskiej fantastyce Piekara to nazwisko, które zna większość fanów tego gatunku. Jego cykl o inkwizytorze rozpalał wyobraźnię czytelników począwszy od lat 00’ przez kolejne 15 tomów. Tym razem mamy okazję przeczytać jego pierwsze dzieła, które nie są aż tak znane (a na pewno nie przez młodszych czytelników), do tego bez dodatkowej redakcji – w oryginalnej formie.

Pierwsza część książki to „Imperium – smoki Haldoru” - debiut pisarski Piekary z roku 1987 (autor miał wówczas 22 lata!). Ilości wprowadzonych na początku bohaterów mógłby mu pozazdrościć sam George R.R. Martin. Już w tej powieści widać, że autor ma dryg do fantasy, jednak moim zdaniem prawdziwym smaczkiem tego zbioru jest „Pani Śmierć” czyli powieść o Conanie Barbarzyńcy. Nie muszę chyba wspominać, że jest to dość unikalna powieść, ponieważ nigdy żaden inny polski autor nie brał na warsztat tej postaci. Tymczasem Piekara ukazuje nam historię Conana, gdy ten jest już na „emeryturze”. Jak to jednak bywa z wielkimi wojownikami, emerytura zostaje brutalnie przerwana przez porwanie jego żony. Conan wyrusza więc znowu w drogę i jest to naprawdę barwna podróż. W powieści „Pani Śmierć” oraz kolejnych opowiadaniach widać już styl Piekary, który oszlifowany widzieliśmy również w cyklu o Mordimerze Madderdinie. Jest on niezwykle dosadny - autor nie unika brutalnych scen, realistycznie oddaje nawet sprawy fizjologiczne. Historie wciągają nas od pierwszych stron, bardzo szybko poznajemy bohaterów i zaczynamy im kibicować (nawet, jeżeli robią rzeczy moralnie wątpliwe). Postaci kreowane przez Piekarę są wielowymiarowe. Nie ma tu opozycji szlachetny rycerz – zły najeźdźca, bohaterowie często muszą wybierać mniejsze zło, podejmować kontrowersyjne decyzje i mierzyć się z ich konsekwencjami. Jest tu i strach i ambicje do rządzenia, a także wiele moralnych dylematów. Ta antologia dzieł Jacka Piekary to zarówno dobra książka na początek przygody z fantastyką jak i miły dodatek dla wszystkich fanów autora, a także pozycja obowiązkowa dla osób, które wolą bardziej mroczne oblicze fantasy.

Tytuł: Witajcie w Zaklętej Krainie
Autor: Jacek Piekara
Data wydania: 2025-04-23
Wydawnictwo: Wydawnictwo Zysk i S-ka
Liczba stron: 640
ISBN: 978-83-8335-524-5
Władza i postęp. Tysiąc lat walki o technologię i dobrobyt.

Władza i postęp. Tysiąc lat walki o technologię i dobrobyt.

 

Słowo postęp kojarzy się nam z czymś pozytywnym. To rozwój, progres, coś co sprawia, że życie staje się łatwiejsze. Owszem, ale czasem korzyści czerpią jedynie nieliczni.

Daron Acemoglu i Simon Johnson (laureaci Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii) napisali niezwykle ciekawą książkę. Mając rozległą wiedzę ekonomiczną, w sposób bardzo przystępny opisali jak zmiany technologiczne, zwykle postrzegane jako coś niezwykle pozytywnego, zamiast prowadzić do dobrobytu całego społeczeństwa, dają korzyści jedynie elitom.

Można od razu skontrować i podać przykład rewolucji przemysłowej, która przecież sprawiła, że całe nasze społeczeństwo przeszło industrializację i mogło przejść do bardziej cywilizowanego rodzaju pracy. Ale i tutaj autorzy pokazują jakim kosztem odbywał się ten proces, jak na początku było gorzej, żeby mogło być lepiej i dlaczego, mimo nowych zdobyczy technologii, ludzie nadal żyli w biedzie.

Obecnie widać to bardziej niż kiedykolwiek. Rewolucja informatyczna wyniosła na piedestał kilka firm, a tak naprawdę ich założycieli. To oni zyskali milionowe fortuny oraz uzależnili świat od swoich wynalazków. Widzimy koncentrację kapitału, a nie ogólny dobrobyt. Kolejnym etapem tej rewolucji jest sztuczna inteligencja, której rozwój jest teraz promowany przez wszystkich dużych graczy na rynku technologii. Pytanie brzmi czy w tym przypadku można zmienić schemat i sprawić, że rozwój AI będzie przynosił korzyści ogółowi, czy znowu jedynie grupie elit?

Autorzy widzą tutaj otwartą drogę – jeszcze nie jest za późno, aby zdobycze technologii były postępem całego świata a nie grona wybranych. Jednak to, co widzimy na świecie, to ciągłe nastawienie na finansowe zyski, mimo wielu sygnałów ostrzegawczych, że powinniśmy raczej zainteresować się planetą i naszą wspólną przyszłością niż zbijaniem kapitału. Obecnie każdy gra do swojej bramki, a bogaci mają ten przywilej, że nie muszą się interesować większością świata, której nie stać na to samo, co ich. Koncentracja bogactwa to również koncentracja egoizmu.

Dla mnie ta książka jest trafną analizą i obserwacją tego, co już było. Natomiast jako naród pokazaliśmy wielokrotnie, że nie uczymy się na błędach, więc dlaczego z kolejną rewolucją miałoby być inaczej niż dotąd? Autorzy są bardziej optymistyczni niż ja i być może Wy, kolejni czytelnicy, wyciągnięcie z tej lektury więcej nadziei niż pesymizmu. Na pewno jest to lektura bardzo wartościowa i bardzo na czasie.


Tytuł: Władza i postęp. Tysiąc lat walki o technologię i dobrobyt.
Tytuł oryginału: Power and Progress. Our Thousand-Year Struggle Over Technology and Prosperity
Autor: Daron Acemoglu, Simon Johnson
Tłumaczenie: Agnieszka Sobolewska
Data wydania: 2025-06-03
Wydawnictwo: Wydawnictwo Zysk i S-ka
Liczba stron: 584
ISBN: 978-83-8335-558-0
Tam, gdzie prowadzi serce - Eliza Nowak

Tam, gdzie prowadzi serce - Eliza Nowak

 Miłość jest kompasem, który wyznacza kierunek życia

Emilia Miaris to uparta, ekscentryczna dziewczyna, która rzuciła wszystko i zaczęła studia za granicą. Aby odpocząć przed stresującymi egzaminami, zdecydowała się wyruszyć z ojcem i jego znajomymi w tygodniowy rejs wzdłuż wybrzeża urokliwej Chorwacji.

Teraz jednak nie jest do końca zachwycona perspektywą wyjazdu, ponieważ kapitanem ich łodzi ma być Maksymilian Brand, przystojny, ale irytujący przyjaciel jej ojca. On uważa ją za rozpieszczoną jedynaczkę, ona jego – za aroganckiego bufona.

Mimo wszystko Emilia postanawia zatopić swoje uprzedzenia głęboko w morzu i cieszyć się urlopem. Do czasu, aż trafiają na statek – wtedy pokład szybko zamienia się w pole bitwy dla ich iskrzących temperamentów.

Z każdym dniem Emilia przekonuje się jednak, że pod maską zarozumiałości Maksa kryje się ktoś zupełnie inny… A wspólne wschody i zachody dalmackiego słońca tylko sprzyjają pikantnemu romansowi.

Czy podróż do słonecznej Chorwacji okaże się przelotną przygodą, czy wyznaczy nowy kurs jej życiu?



Są takie książki, które od pierwszych stron wciągają nas nie tyle fabułą, co klimatem – i tak właśnie działa najnowsza powieść Elizy Nowak. „Tam, gdzie prowadzi serce” to literacki bilet do słonecznej Chorwacji, gdzie ciepłe promienie słońca mieszają się z emocjami, a spokojna tafla morza odbija nie tylko gwiazdy, ale i wewnętrzne rozterki bohaterów. To historia lekka, urokliwa, ale niepozbawiona głębi, a przede wszystkim – emocjonalnie autentyczna.

Emilia Miaris to niepokorna, nieco buntownicza studentka, która postanawia odpocząć przed egzaminami i spędzić tydzień na jachcie z ojcem i jego znajomymi. Szybko okazuje się jednak, że kapitanem łodzi będzie Maksymilian Brand – przyjaciel ojca, mężczyzna starszy, przystojny i… irytujący. Ta relacja to jeden z najbardziej klasycznych, ale też najbardziej lubianych w literaturze motywów: od nienawiści do miłości. Nowak udowadnia, że schemat ten wciąż może być świeży, jeśli poprowadzi się go z odpowiednią lekkością i humorem.

Na początku spotkanie Emilii i Maksa to seria ciętych dialogów, drobnych złośliwości i zderzeń osobowości. Ona widzi w nim zadufanego bufona, on w niej rozkapryszoną dziewczynkę. Jednak z każdym dniem rejsu między dwójką bohaterów zaczyna kiełkować coś więcej niż tylko irytacja – przyciąganie, którego nie da się zignorować. Wspólne poranki nad morzem, wieczory pod rozgwieżdżonym niebem i dzielenie ciasnej przestrzeni jachtu sprawiają, że emocje szybko przybierają na sile.

Autorka nie ogranicza się jednak tylko do głównej pary. Na kartach powieści pojawia się Sebastian – dawny kolega Emilii, związany zawodowo z jej matką. Jego obecność stanowi kontrapunkt dla relacji z Maksem i wnosi do opowieści element niepewności, a chwilami także napięcia. Dzięki temu historia nie zamienia się w przewidywalną love story, lecz balansuje między ciepłem romansu a emocjonalnym rollercoasterem.

Ogromnym atutem powieści jest jej lokalizacja. Chorwackie wybrzeże, opisy morskich krajobrazów, zapach soli w powietrzu i smak lokalnych potraw są tak sugestywne, że można poczuć się jak pasażer na pokładzie jachtu razem z bohaterami. To właśnie dzięki tej malowniczej scenerii książka staje się idealną wakacyjną lekturą – pozwala na chwilę zapomnieć o codzienności i zatopić się w spokojnym, letnim rytmie.

Styl Elizy Nowak jest lekki, potoczysty, bezpretensjonalny. Pisarka nie sili się na wyszukane metafory, nie buduje skomplikowanych zdań – i bardzo dobrze. Dzięki temu książka brzmi jak zwierzenia dobrej koleżanki, która opowiada nam swoją letnią przygodę z nutką ironii i autentyzmem. Dialogi są naturalne, czasem zabawne, czasem wzruszające – co ważne, nie rażą sztucznością, jak to czasem bywa w romansach.

Na uwagę zasługuje też sposób, w jaki autorka ukazuje przemianę bohaterów. Emilia dojrzewa, zaczyna rozumieć siebie, swoje potrzeby i oczekiwania wobec życia i relacji. Maks – z pozoru cyniczny i zdystansowany – odsłania swoją bardziej wrażliwą stronę. To nie jest książka o natychmiastowej miłości, ale o procesie odkrywania – zarówno siebie nawzajem, jak i samego siebie.

„Tam, gdzie prowadzi serce” to idealna powieść na lato – ciepła, relaksująca, ale niepozbawiona emocjonalnej głębi. To historia, która przypomina, że czasem warto zaryzykować, odpuścić kontrolę i pozwolić sercu obrać kurs. Nawet jeśli prowadzi on w nieznane. Eliza Nowak udowadnia, że romans nie musi być przesłodzony ani banalny, by poruszyć serce i zostawić uśmiech na twarzy po ostatniej stronie.

 

Recenzja napisana przez: Gosia Celińska

Moja ocena: 8/10

 

Wydawnictwo: Novae Res

literatura obyczajowa, romans

Data wydania: 2025-05-23

Liczba stron: 446

ISBN: 9788383737454