Czas Apokalipsy... Czas Nadziei... - Janusz Czuryszkiewicz
Z odległej galaktyki przybywa pomoc, która może na zawsze odmienić losy Ziemi
Gdy na nocnym niebie pojawiają się trzy tajemnicze obiekty, nikt jeszcze nie wie, jak bardzo zmieni się nasz świat. Obca cywilizacja w końcu przybyła, niosąc nie wojnę czy zniszczenie, lecz propozycję, która może odmienić przyszłość całej planety.
Wysłannicy Rady Galaktycznej, organizacji zrzeszającej 186 cywilizacji Drogi Mlecznej, od dawna obserwują rozwój ludzkości. Wiedzą, że wkrótce sięgniemy po energię zdolną zagrozić istnieniu niezliczonych światów, dlatego chcą nas powstrzymać, nie przemocą, lecz obietnicą życia bez głodu, chorób, wojen i nierówności, o którym od wieków marzyły całe pokolenia.
Tym razem decyzja nie należy do rządów ani elit. Po raz pierwszy w historii głos zabiera cała ludzkość. Rozpoczyna się globalne referendum. Nigdy wcześniej od jednej decyzji nie zależało aż tak wiele…
„Czas Apokalipsy... Czas
Nadziei...” – Janusz Czuryszkiewicz
Co by się stało, gdyby pewnego
dnia na ziemskim niebie pojawiły się statki kosmiczne, a ich pasażerowie
zamiast wojny i podboju zaproponowali nam zupełnie nowy początek? Czy ludzkość
potrafiłaby zaufać obcej cywilizacji, która obiecuje rozwiązać problemy
trapiące nas od pokoleń? Janusz Czuryszkiewicz w książce „Czas Apokalipsy...
Czas Nadziei...” sięga po motyw pierwszego kontaktu, ale nadaje mu nieco inne
znaczenie. Na Ziemię przybywają przedstawiciele Rady Galaktycznej, zrzeszającej
aż 186 cywilizacji Drogi Mlecznej. Nie zamierzają nas podbijać, lecz ostrzec
przed konsekwencjami rozwoju technologii, która w przyszłości może zagrozić nie
tylko naszej planecie. W zamian oferują ludzkości dostęp do niezwykłych
osiągnięć nauki, a nawet wizję świata wolnego od głodu, chorób, wojen i
nierówności. Jest jednak jeden warunek – decyzję o przyjęciu propozycji musi
podjąć cała ludzkość w drodze globalnego referendum.
Sam pomysł na fabułę uważam za
bardzo interesujący. Zamiast kolejnej opowieści o inwazji kosmitów,
międzygalaktycznych bitwach i desperackiej walce o przetrwanie, otrzymujemy
historię, która stawia przed czytelnikiem znacznie bardziej filozoficzne i społeczne
pytania. Co tak naprawdę oznacza postęp? Czy jesteśmy gotowi zrezygnować z
dotychczasowego porządku w zamian za lepszą przyszłość? A może nawet wizja
świata pozbawionego cierpienia wzbudziłaby w nas więcej podejrzliwości niż
nadziei? Szczególnie podoba mi się motyw referendum, ponieważ przenosi
odpowiedzialność za losy planety z rąk polityków i przywódców na zwykłych
ludzi. Nagle okazuje się, że przyszłość nie zależy wyłącznie od decyzji kilku
najważniejszych osób, ale od milionów indywidualnych wyborów, obaw i przekonań.
To ciekawy punkt wyjścia do rozważań nad naturą człowieka i jego zdolnością do
współpracy.
Na uwagę zasługuje również sposób
przedstawienia galaktycznej cywilizacji. Autor z wyraźną fascynacją opisuje
możliwości technologiczne przybyszów, ich zasoby i rozwiązania, które dla
współczesnego człowieka brzmią niemal jak spełnienie najśmielszych marzeń.
Dzięki temu łatwiej wyobrazić sobie skalę przemian, jakie mogłyby nastąpić na
Ziemi po przyjęciu propozycji Rady Galaktycznej. Nie jest to jednak wyłącznie
opowieść o cudownych wynalazkach. Pojawiają się również kwestie polityczne,
militarne i społeczne, które pokazują, jak skomplikowanym procesem byłaby
zmiana dotychczasowego porządku. Niestety, właśnie w tych fragmentach tempo
narracji nie zawsze jest równie dobre. Dłuższe wypowiedzi przedstawicieli obcej
cywilizacji momentami przypominają wykłady, przez co historia traci nieco
dynamiki. Zabrakło mi również jednej wyraźnej postaci, z którą można byłoby
przejść przez wszystkie wydarzenia i emocjonalnie związać się z opowiadaną
historią. Zmienność perspektyw sprawia, że trudno czasami poczuć, iż uczestniczymy
w jednej, spójnej opowieści.
Mam też pewne zastrzeżenia do
konstrukcji całości. Początkowo historia koncentruje się na dorosłych
bohaterach i wielkich wydarzeniach o globalnym znaczeniu, natomiast z czasem
coraz więcej miejsca zajmują młodsze postacie i wątki związane z edukacją oraz
przyszłością kolejnego pokolenia. Sam kierunek jest ciekawy, szczególnie jeśli
spojrzeć na niego jako próbę pokazania, jak szybko można przygotować ludzkość
do funkcjonowania w zupełnie nowej rzeczywistości. Nie zawsze jednak przejście
między poszczególnymi etapami wypada naturalnie. Nie do końca przekonało mnie
również zakończenie. Historia urywa się w momencie, w którym czytelnik
oczekiwałby mocniejszego finału lub przynajmniej wyraźnego zamknięcia
najważniejszych wątków. Świadomość, że jest to początek większej historii,
nieco łagodzi to wrażenie, ale pozostawia pewien niedosyt.
„Czas Apokalipsy... Czas
Nadziei...” to science fiction, które zdecydowanie bardziej niż na
spektakularnej akcji skupia się na wizji przyszłości i pytaniach dotyczących
całej ludzkości. Nie jest to książka pozbawiona niedociągnięć, a nierówne tempo
i momentami zbyt rozbudowane dialogi mogą utrudniać lekturę. Mimo to doceniam
odwagę autora w podejściu do tematu pierwszego kontaktu i odejście od typowego
scenariusza kosmicznej inwazji. Największą wartością tej historii jest jej
optymistyczne przesłanie oraz próba wyobrażenia sobie świata, w którym rozwój
technologiczny służy wszystkim, a nie tylko wybranym. Polecam ją szczególnie
miłośnikom fantastyki naukowej, którzy lubią zastanawiać się nad społecznymi i
filozoficznymi konsekwencjami spotkania z obcą cywilizacją. Bo być może
największym wyzwaniem dla ludzkości nie byłoby wcale nawiązanie kontaktu z
kosmitami, lecz podjęcie wspólnej decyzji o własnej przyszłości.
Recenzja napisana przez: Gosia Celińska
Moja ocena: 6/10
Wydawnictwo: Novae Res
fantasy, science fiction
Data wydania: 2026-08-14
Liczba stron: 304
ISBN: 9788384236543


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz