Tomasz Harasimiuk - Vezuwia (preludium)

 


Co, jak co, ale wnętrze nie do końca jeszcze wygasłego wulkanu wydaje się dość mocno średnim miejscem na budowanie osady. Nawet jeżeli wulkan wybuchnie za tysiąc lat to… nadal wygrywa z osadą jeden do zera. Taką tytułową podzieloną na klasy społeczne „Vezuwię”, określoną przez jedną z postaci, jako „szczyt cywilizacji, w której każde maleńkie ziarnko ryżu zna swoje miejsce w misce”, stworzył w swojej debiutanckiej powieści Pan Tomasz Harasimiuk. To tu poznamy losy pewnego „elektryka”, którego celowo wziąłem w cudzysłów, pewnych starających się rozwikłać zagadkę bliźniaków, poszukiwanej z powodu jednego wybryku pani kapitan oraz zamaskowanego jegomościa, lubiącego szachy. Ale od początku…

Rerający (nadal mnie zastanawia co oprócz poczucia humoru kierowało człowiekiem, który wymyślił to słowo jako określenie niemożności wymówienia litery r przez osoby z wadą wymowy. Brawo!) Felix, a w zasadzie Ter-Rarem (co znaczy wg języka, którym się posługuje – Ten Szczęśliwy) lub Tey-Lachem, kiedy on to wypowiada (co znaczy wg języka, którym się posługuje – To Śmieszne) planując zmiany znajduje się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Uznany za elektryka, którym rzecz jasna nie jest, pozwala, aby to los nim sterował, nawet jeżeli doprowadzi go do zupełnie nieznanych rejonów, co też ów los czyni. Kiedy tajemniczy Khada stawia Felixa przed wyborem wypełnienia zleconej mu misji infiltracji planującej bunt robotniczej vezuwiańskiej grupy pracowniczej lub natychmiastowej śmierci, okazuje się, że młody, czarnoskóry chłopak tak naprawdę wyboru nie ma. Problem buntu natomiast to jedno, drugie to fakt, że w Vezuwii zaczynają ginąć ludzie.

Na temat autora w Internecie znaleźć za wiele nie można, ale z pewną dozą prawdopodobieństwa stwierdzam, że jego zawód wyuczony to elektryk. Skąd taki trop? Pomimo, że „Vezuwię” można znaleźć na popularnych książkowych portalach, buszując w gatunku fantastyka, science-fiction to blisko 70% jej treści stanowi raczej podręcznik studenta wydziału elektryki. Przejście przez kilkadziesiąt stron każdego rozdziału dotyczącego Felixa powinno być obowiązkowe dla kierunku elektrotechniki. Nie wiesz co to rezystancja? Pan Tomasz ci to wyjaśni. Masz problem z zamknięciem obwodu tak, aby prąd popłynął? Z Panem Tomaszem to nic trudnego. Ponadto chciałbyś być może zgłębić tajniki elektryki z całą tą zawodową mniej lub bardziej profesjonalną nomenklaturą? Masz przed sobą mnóstwo treści dotyczącej definicji prądu samego w sobie, oporu, przesyłu energii, napięcia fazowego, uziemienia, przewodów ochronnych, izolacji, dielektryków, żył, drutów, linek, schematów, rozdzielnic, puszek, bezpieczników i wiele wiele innych, a to wszystko okraszone środowiskiem zwyczajnych wielkich upoconych chłopów, którzy w każdym zakładzie produkcyjnym czy przetwórczym zachowują się, żartują i wyglądają tak samo. Aż dziwne, że w książce nie doświadczyliśmy wzorów na wyliczenie np. natężenia prądu w sieci, chociaż nie… i to z tego, co kojarzę się wydarzyło, choć nie wyeksponowane na środek strony.

Jeżeli liczysz natomiast, że poczytasz o przygodach Felixa, nieskupiających się stricte na rozpoznawaniu faz i okablowania w Vezuwiańskiej elektrowni to muszę cię zmartwić. Pozostałe 30% książki sunące po fabularnych torach poza chłopcem współdzielone jest jeszcze ze śledztwem w innej części osady, gdzieś non stop zmierzającą panią kapitan oraz tajemniczym Khadą, który nawet jeśli czasem brzmi pyszałkowato to robi przysłowiową robotę w Vezuwii i ciągnie całą tę powieść, dając namiastkę prawdziwej ciekawości.

Autora bardzo szanuję za warsztat pisarski, ponieważ tego niewątpliwie jest rzemieślnikiem oraz za ogólny pomysł na tę książkę. Osada w wulkanie? Brzmi niepokojąco, ale nigdy nigdzie nie miałem okazji o czymś podobnym poczytać. Prąd nie tylko wyposaża prawie całą osadę w elektryczność, ale zasila również ludzi. Mieszkańcy Vezuwii czerpią sobie energię z sieci, jakby siorbali przez bombillę yerbę z matero. Vezuwia jest oczywiście podzielona na klasy społeczne, które im „gorsze” tym wyższe piętra zajmują, jednakże wobec odwróconego oznaczenia te wyższe znajdują się w wulkanie najgłębiej, zatem w przypadku ewentualnego wybuchu tylko ci „godni” z niższych pięter są w stanie się uratować.

To wszystko można było tak fajnie rozwinąć, ponieważ sama historia „Vezuwii” już jest ciekawa. Autor postanowił jednak olać wątek i skupić całą uwagę czytelnika na definicjach, które ten zapamięta tak długo, jak długo pozostanie na stronie, na której owa definicja się znajduje. Dałem się niestety nabrać na tę pozycję, mimo, że Pan Tomasz przecież napisał na tylnej okładce: NAPIĘCIA, intrygi spiski… Do napięcia jednak trzeba różnicy potencjałów, jak głosi nauka. W „Vezuwii” potencjał jest na pewno niezerowy, ale mam wrażenie, że cały czas niewykorzystany, zatem ukierunkowany ruch elektronów zwany prądem, przez książkę niestety nie płynie. 

AUTOR: Tomasz Harasimiuk

TYTUŁ: Vezuwia

GATUNEK: Fantastyka, Science-Fiction

DATA WYDANIA: 13.05.2025r

LICZBA STRON: 438

WYDAWNICTWO: Novae Res

ISBN: 9788383737966

OCENA: 🌟🌟🌟🌟 (4/10)

PoważnieNiepoważny

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz